Myśli zebrane:
- „Everest” jest skrojony na wzór kina katastroficznego ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Cała jego historia wygląda tak, jakby Mount Everest i burze przyszły do bohaterów filmu, a nie odwrotnie;
- jako człowiek z lękiem wysokości byłem nastawiony na widoki i sceny, które sprawią, że złapię się rękami fotela kinowego, tymczasem w „Everescie” jest więcej siedzenia w zaspach i namiotach niż samego spacerowania po górskich krawędziach. Jedyna scena, która mrozi krew w żyłach, to ta z drabiną, którą można obejrzeć w zwiastunie filmu;
- podoba mi się, że ten, przede wszystkim, przygodowy film stara się odnaleźć jednocześnie sens wędrówki na najwyższy szczyt świata. W filmie wielokrotnie pada pytanie: dlaczego chcesz wyjść na Mount Everest? Wśród odpowiedzi można doszukać się odrobiny sensu i motywacji, ale ogólne wrażenie pozostaje chyba jedno: jest to w jakimś stopniu bezsensowne;
- film opowiada zdumiewającą, bo prawdziwą historię serii wyjść zorganizowanych (coś na zasadzie wycieczki) na najwyższy szczyt świata. Wyglądało to tak, że aby wyjść na szczyt, należało zgłosić się do odpowiedniej „firmy”, zapłacić pieniądze, przejść szkolenie i już. Można iść. Nie dziwi więc sytuacja, w której listonosz, któremu udało się wejść na szczyt, dostaje zadyszki i traci siły. Dziwi natomiast to, że takiej samej zadyszki dostaje przewodnik, który wchodzi na tenże szczyt nie pierwszy raz. Hmm…
- w jakimś stopniu jest to kolejna opowieść o próbie ujarzmienia natury (góry) przez człowieka, w której tenże drugi ponosi sromotną klęskę. Pewnych walk nie da się wygrać, więc nie powinno się ich w ogóle podejmować;
- wspominana scena z drabiną, po której trzeba było przejść nad przepaścią, jest dla mnie nieco zastanawiająca. Oto jako kolejny idzie Josh Brolin. Idzie po tej drabinie tak, jakby miał lęk wysokości (wiem, bo sam bym po niej szedł tak samo). Pytam się więc w tym miejscu: po co taki człowiek w ogóle idzie w góry? Jeśli natomiast był to jedynie zabieg filmowy mający podkręcić napięcie, to uczynił na odwrót. Delikatnie temat ośmieszył;
- dosłownie uwielbiam tego typu sceny: jeden z przewodników utknął na szczycie góry w trakcie potężnej burzy, spędził w zaspie całą noc, jego stan można potraktować jako agonalny; odmrożone dłonie, sztywne nogi, praktycznie niezdolny do ruchu. Za pomocą krótkofalówek i telefonów ekipa z obozu „na dole” organizuje mu „dla otuchy” kontakt z żoną, z żoną, która zna sytuację i wie, że jej mąż prawdopodonie nie wróci do domu. Następuje połączenie. Żona do męża: „cześć kochanie, co u Ciebie?”;
- kolejny film, zdawać się może, stworzony dla technologii 3D, któremu ta technologia w ogóle nie jest potrzebna. Dodatkowo okulary, które zaciemniają nieco obraz w długiej scenie nocnej burzy, sprawiły, że nie wiadomo było kto jest kim;
- bardzo często w kinie katastroficznym grupa ludzi zmaga się z żywiołem. Część z nich zginie, część przetrwa. Ich portrety psychologiczne są kreślone z reguły tak, że widz wie, który z bohaterów da sobie radę, a który przegra z żywiołem. W „Everescie” nie da się niczego przewidzieć;
- pomimo niedociągnięć natury fabularnej uznaję „Everest” za film, mimo wszystko, solidny w klasie, jaką reprezentuje. Nawet jeśli z mojej strony było trochę narzekania, to takiego, którego bym sam sobie na przyszłość życzył.
Rafał Kaplita
Ocena: 7/10