Kto by pomyślał, że jedna z moich ulubionych gier jeszcze z czasów komputerów Comodore 64, czyli czasów mojego dzieciństwa, kiedy to interesowałem się grami, stanie się inspiracją dla twórców filmowych. Ot, taka zwykła, nieefektowna, a może nawet monotonna gra w statki, polegająca na przewidywaniu, namierzaniu i cierpliwym czekaniu aż w końcu uda się trafić i zatopić statek/statki przeciwnika. I gdyby nie tytuł filmu, ciężko byłoby skojarzyć fabułę z jej inspiracją.
Film „Battleship: Bitwa o Ziemię” nie ma w sobie nic ze skromności i nieefektywności gry sprzed dwudziestu – a nawet wielu więcej - lat. (Jak obecnie wygląda ta gra, przyznam szczerze, nie mam pojęcia). Twórcy zadbali już o to, by było nieskromnie i nieziemsko efektownie. Czego więc tu nie ma! Długą listę otwierają – oczywiście – statki amerykańskiej marynarki wojennej, na widok których, i tej całej otoczki militarnej, każdemu chłopcu – czy to małemu, czy to dużemu - oko z wrażenia bieleje; są więc i przystojni i twardzi jak stal żołnierze, służący dumnie swej ojczyźnie, gotowi oddać za nią życie (ze znanych aktorów należy wymienić tu Liama Neesona); są też i piękne i nie mniej twarde kobiety wszelkiej maści (jest obowiązkowo ponętna blondynka, z rozwianym włosem i w obcisłym stroju, pełniąca rolę narzeczonej niepokornego głównego bohatera, która przetrwa wszelkie kataklizmy, jest i czarnulka – debiutująca w filmie piosenkarka popowa Rihanna, w morowym mundurze i z zawziętą miną mówiącą, że ani trochę nie jest gorsza od swych kolegów i dlatego też nikt jej nie podskoczy; nawet jakiś tam jaszczurowaty kosmita); są i…, no właśnie, kosmici i ich wodno-powietrzne statki. Bo rzecz idzie o ocalenie Ziemi (na co wskazuje podtytuł filmu) przed najeźdźcami z kosmosu, których to sami Amerykanie zaprosili na swój padół. Tylko w swej naiwności nie przewidzieli, że obywatele innej planety mogą nie tylko tak szybko zareagować na wysyłane sygnały, ale jeszcze do tego stopnia rozpanoszyć się na wodzie i lądzie, że będzie wymagać to zjednoczonej interwencji militarnej. Stąd też oglądamy bliskie spotkania trzeciego stopnia, ale dalekie od tych Spielbergowskich, w stylu „u cioci na imieninach”. Te są pełne fajerwerków, jak to bywa w hollywoodzkim Kinie, robionym z iście epickim rozmachem.
Filmowa bitwa o Ziemię ani na chwilę nie daje widzowi szansy, by mrugnąć okiem. Jak to mówią kabareciarze: ani brewka nie drgnie. Bo nie ma na to czasu, gdyż ciągle coś się dzieje, a akcja, która szybko się zawiązuje, napędza akcję. I chociaż chce się powiedzieć, że to już wszystko po wielokroć było (kosmici znooowuuu atakują naszą planetę, tym razem w wersji marynarka wojenna kontra obcy), to jednak mamy tu jakiś morski powiew świeżości. Właśnie z racji tego, że tytułowa bitwa głównie toczy się na morzu, dzięki czemu marynarka wojenna nie jest już tylko wsparciem w walce, ale staje się jej niepokonanym przewodnikiem, działającym według „sztuki wojennej” Sun Zi. To tu są najwaleczniejsi z walecznych i najbardziej nieustraszeni z nieustraszonych. Pokładowi pogromcy kosmitów, nawet ci na emeryturze, którzy udowadniają, że starym, zabytkowym okrętem (USS Missouri), pełniącym od lat rolę wodnego muzeum, da się „wejść jak na ręcznym” i solidnie dokopać tym, którzy śmiali podnieść rękę nie tylko na Amerykę. Przyjemny, zabawny i krzepiący to widok. W sam raz na rozrywkowe kino letnie według tradycyjnej amerykańskiej receptury (na czele z przemianą głównego bohatera, który z obiboka i nieudacznika staje się obrońcą świata), gwarantującej przyjemne doznania w trakcie seansu. Koniecznie do obejrzenia na kinowym ekranie, gdyż tylko wtedy można poczuć dogłębnie ten wizualny spektakl.
Po seansie „Battleship: Bitwa o Ziemię” rodzi się jednak taka zazdrosna myśl w głowie: szkoda, że nasi rodzimi twórcy ani w jednej ósmej nie są w stanie zrealizować podobnego filmu. A gdyby nawet spróbowali porwać się na coś takiego (w końcu bojowych, muzealnych jednostek nam nie brakuje, chociażby w porcie wojennym w Gdyni), to skończyłoby się to zapewne śmiechem na sali. Coś (czytaj: patos bohaterów), co w amerykańskiej produkcji nie śmieszy, a wręcz sprawia, że nawet czasem łezka w oku się zakręci (odpowiednia muzyka też tutaj robi swoje), w naszej produkcji wywołałoby potok łez. Właśnie ze śmiechu. Dlatego pozostaje więc na razie wdychać tę amerykańską wzniosłość i patrzeć na łopoczący na wietrze gwiaździsty sztandar, wierząc cicho w głębi duszy, że kiedyś to się zmieni i my będziemy w stanie pokazać kosmitom, gdzie raki zimują.