Jakie było moje zdziwienie, kiedy w dniu premiery (tj. piątek) o godzinie bardzo kinowej (tj. 19:30) na seansie filmu Marcina Krzyształowicza zobaczyłem trzydzieści, może – maksymalnie - ze czterdzieści osób. Byłem tym faktem mocno zaskoczony, ponieważ wydawać by się mogło, że TAKIE kino polskie (zdobywca Srebrnych Lwów na Festiwalu Filmowym w Gdyni – m.in. dla reżysera), z TAKIM tematem (II wojna światowa i kwestia donosicielstwa) i z TAKĄ obsadą (Dorociński, Stuhr, Rosati, Bohosiewicz) spotka się z dużo większym zainteresowaniem ze strony publiczności. Może nie z takim, jak w przypadku „Jesteś Bogiem”, przy premierze którego kina przeżywały prawdziwe oblężenie, ale że będzie to zainteresowanie godne podziwu.
Owszem, „Obława” to nie jest kino piękne i sielskie. Nie jest to też film łatwy (dodatkowo ma na to wpływ nielinearna narracja) i przyjemny w odbiorze, a co za tym idzie, nie jest to film dla wszystkich (a czy – swoją drogą również świetnie zrealizowany i świetnie zagrany – „Jesteś Bogiem” jest?). Zdecydowanie wymaga odpowiedniego nastawienia emocjonalnego (tak jak wymagała tego „Róża” Smarzowskiego czy nawet „W ciemności” Holland), dojrzałości, odpowiedniej wiedzy historycznej i… inteligencji widza. I chociaż pewnie dziwnie to zabrzmi, to paradoksalnie w filmie Krzyształowicza, który opowiada o czasach wojennych, nie widać wojny. Bo to, swoją drogą, nie jest „typowy” film wojenny, w którym co rusz ktoś obrywa serią z karabinu lub rozrywa go granat (ale i takie może ze dwie sceny znajdują się w „Obławie”), a wokół panuje taki chaos, że nie wiadomo, na czym skupić wzrok. Tego tutaj nie ma. Nie ma w „Obławie” też łzawych scen, nie ma heroizmu, podkreślanego zwolnionymi ujęciami i patetyczną muzyką, i nie ma powiewającej flagi – jak to wszystko bywa w filmie wojennym. O wojnie u Krzyształowicza się mówi, i to nie zawsze wprost, czasem się ją słyszy (przelatujące samoloty), ale najbardziej to się ją „czuje”. Czuje się jej nerwowość, jej niepewność, strach z nią związany i oczekiwanie – jak u Godota - na nadejście tytułowej obławy. A te odczucia i emocje emanują z wyrazistych i pełnokrwistych bohaterów. Ludzi poharatanych przez doświadczenia wojenne, przez czyny, które musieli/chcieli robić, by przetrwać – jedni w ciepłym, wygodnym mieszkaniu i pysznym obiadem każdego dnia (np. bohater grany przez Macieja Stuhra), a inni w lasach, traktując z nabożną czcią każdą – zmniejszająca się – porcję czegoś, co niby nazywa się zupą. Bo w tych dwóch, trzech miejscach (jeszcze kościół jako miejsce przekazywania informacji) rozgrywa się dramat jednostek.
Należy, przy okazji tematu tego filmu, powiedzieć, że Krzyształowicz nie koloryzuje swoich bohaterów i całej historii. Pokazuje, kto i dlaczego donosił (to mówi wprost, wręcz wskazuje ich palcem), ale pokazuje też, że ci, którzy zajmowali się usuwaniem donosicieli, to nie ludzie idealni, bez skazy. Ale jednak ludzie, którzy mieli jakieś zasady i starali się tych zasad trzymać, w imię ojczyzny i człowieczeństwa. Bo jak mówi bohater grany przez Dorocińskiego, przytaczając wcześniej pewną opowiastkę: gdyby odebrał życie kobiecie (nawet tej, która doniosła) byłby zwierzęciem, a nie człowiekiem. A do tego nie można dopuścić. Nawet jeśli odebrało się już życie dziesiątkom czy setkom ludzi.
Od kilku dni myślę o tym filmie i tym, ile osób ostatecznie go zobaczy w kinie, i jak go w ogóle widzowie odbiorą. Bo na tle większości (?) polskich gniotów, które najczęściej docierają do szerokiej widowni i niszczą jej gusta, a przez to wytwarzają niechęć do polskiego kina, „Obława” ma szansę/mogłaby mieć szansę udowodnienia tego, że w Polsce da się zrobić film na wysokim poziomie, niepozostawający po sobie niesmaku i uczucia żenady. Co więcej, że da się zrobić film, który na długo uruchomi nasze szare komórki i każe zastanowić się nad tym, jakim trzeba być człowiekiem. I chociaż żyjemy w innym świecie i innej rzeczywistości niż bohaterowie „Obławy”, pytanie to dzisiaj wydaje się być szczególnie aktualne.